PLOTY
Charlotte. Wszyscy jestesmy hipsterami.
by admin on wrz.30, 2011, under PLOTY
Właściwie odwiedziny te szczerze mnie ubawiły. Hej, pobawmy się w kawiarnię, która wcale nie jest trendy. To zabawa, którą zaproponowali właściciele, a gastronomiczni modnisie chętnie podjęli. Dzisiaj to, gdzie pijesz kawę, jest równie ważne jak to, gdzie kupujesz buty. Wspólny mianownik kolejnego sezonu to pozorne slow life, a w istocie wymuszone niewymuszenie. To dlatego, aby wejść do środka, musimy odbyć slalom pomiędzy siedzącymi na schodach przed lokalem klientami, którzy oparłszy się o swoje holendry zajadają bagietkę, która kruszy się na hipsterskie ubranka.
W środku powitał mnie wielki drewniany stół, betonowa podłoga, gołe ściany – fajnie. To lubię. Podeszłam do lady i zamówiłam sobie koszyk pieczywa (śniadanie Charlotte). Taki koszyk spożywa sie z wystawionymi przy tym wielgachnym stole specjałami: marmoladą, jakąś masą czekoladową, masłem i miodem (ale po pół roku pamięć mnie może mylić). Poprosiłam tez o espresso i latte. I obsłuzyłam sobie terminal, bo chłopiec za ladą akurat nie bardzo umiał (ale nosił conversy, więc pie****ić terminal!;).Posiedzieliśmy, zjedliśmy i wyszliśmy. A mi nie chciałoby się nawet napisac o tym notki, gdyby nie fakt, że nastąpiło jakies zbiorowe szaleństwo na punkcie Charlotte. I jesli nawet Liska na Whiteplate, królowa wypieków, zachwyca się tym miejscem, to czas podzielić sie własnymi wrażeniami.
Być może trafiłam na kosz pieczywa długo czekający na swojego konsumenta, a może po prostu do tego zestawu wpadają zeschnięte kawałki, które nie zeszły do tostów. Być może można podawać latte w temperaturze ciała, ale ja nie jestem niemowlakiem, wolę coś bardziej gorącego niż 36,6. Oświadczam również, że serwowanie 200 ml świeżo wyciskanego soku z pomarańczy za 10 czy 11 złotych to zwykły obciach. Moi Drodzy Państwo, zapraszam do podobnych knajp w Danii i Szwecji, a zobaczycie, na czym rzeczywiście polega klimat kawiarnio-piekarni.
Jestem być może uprzedzona do miejsc masowego kultu, ale uważam, że jest coś żenującego w naszym sezonowym rzucaniu się na nowe lokale. Obecnie najlepszym lepem są oczywiście wszelkie hipsta’ klimaty. Betonowa podłoga, drewniany stół i bagieta wystarczy, byśmy zachwycali się Charlotte. Jakość schodzi na drugi plan.
Karma po drugiej stronie Placu Zbawiciela, święcąca triumfy kilka sezonów temu patrzy na pewno zazdrośnie na tłumy wygrzewające się w słońcu na schodach (nigdy Wam nie opisałam mojej wizyty w Karmie za czasów jej świetności, toalety w opłakanym stanie i wszechobecnego smrodu papierosów).
Nawet jeśli Charlotte miała być miejscem bez nadęcia, to niestety, już to zepsuliśmy. Poczekam kilka sezonów, aż hipsterzy i spółka przerzucą się w inne miejsce. A tymczasem zamiast lajkować ją na fejsie, omijam z daleka i polubiłam fanpejdż „Opierdalam bagietę w Charlotte i rzucam okruchy biedakom z Planu B. (klik)*.
Magdaro
Bistro Charlotte
Plac Zbawiciela
Warszawa
PS: Profesjonalną recenzję Charlotte serwuje Maciej Nowak na Warszawa.Gazeta.pl (klik) (stamtąd zaczerpnęłam wykorzystane wyżej zdjęcie). Polecam!
PS2: A co jest obecnie w modzie poza stolicą? Gdzie najlepiej zaparkować holendra we Wrocku, Poznaniu czy Lublinie? Wpisujcie miasta
*Plan B. – mieszczący się nad Charlotte coraz mniej modny klub
każdemu pachnie inaczej
by admin on wrz.29, 2011, under PLOTY
Julian Tuwim
Zapach szczęścia
Wtedy paloną kawą pachniało w kredensie,
A zimne, świeże mleko, jak lody, wanilią.
Kiedy się, mrużąc oczy, orzeszynę trzęsie,
Po gałęziach w olśnieniu pędzi liści milion.
Żywiołem zachłyśnięty, zziajany w rozpędzie,
Ileś pokrzyw posiekał, ile traw stratował!
A kijem obtłukując szyszki i żołędzie
Ileżeś mil po drzewach małpio przecwałował!
I wszystko to w ognistej pamięci dziś błyska.
Ciska się małe, szybkie, gorąco, daleko…
I szczęście pachnie kawą. I chłoniesz je z bliska.
A chłód w pokoju sączy waniliowe mleko.
Nowe Wspaniałe Życie
by admin on wrz.12, 2011, under PLOTY
Prawie druga w nocy. Sama w domu, cieszę się ciszą, mam dużo czasu, żeby pobyć tylko ze swoimi myślami. W pół drogi pomiędzy piątą rocznicą ślubu a dziesiątą edycją moich osiemnastych urodzin naszło mnie na refleksje. To efekt uboczny spotkań z dawno niewidzianymi ludźmi. Cztery rozwody i poród – tak by to można najkrócej podsumować. Poczułam się dorosła i… szczęśliwa? Głupio zabrzmi to, co powiem, ale czasem dobrze jest zobaczyć, że inni mają bardziej skomplikowane życie niż moje.
Jeśli komuś mogę czegoś zazdrościć, to tylko tego, że te „końce” wyznaczają nowe „początki”. Ekscytujące początki związków, które, choćby nie wiem jak bardzo były przelotne, zawsze wyglądają tak samo. Nawet najfajniejsza randka z mężem to już nie to samo (chyba, że to cudzy mąż, ale takich opcji oczywiście nie zakładamy). Swoją drogą – to niesamowite, jak się gdzieś w głowie kodują „różne takie” dane. Wodziłam ostatnio nosem za kolegą z pracy, bo pachniał niebezpiecznie znajomo. Zapachy nie do zmycia, tak jak tatuaże… Trzeba przy okazji zapytać Magdaro, czy w ogóle jest coś, co zostaje w pamięci dłużej, niż zapach?
Ale wracając do tych nieszczęsnych rozwodów… Jeden z nich „świętowałyśmy” w Nowym Wspaniałym Świecie. Zajrzyjcie tam koniecznie będąc w okolicy. Jest co najmniej kilka powodów:
1. Świetna kawa. Piłam espresso macchiato (6 zł). Bardzo aromatyczne, z nieprzesadną ilością mleka, podane w podgrzanej filiżance. Na 5+
2. Frytki. Wiem, to brzmi okropnie prozaicznie. Powinnam chyba napisać, że to ziemniaczana poezja w czystej postaci? Nie. Frytki to frytki. Żadna kulinarna grafomania nie zmieni pieczonego kartofla w nic wykwintnego. I dobrze. Tak ma być. Czasem człowiek ma ochotę na konkret, na kawałki ziemniaka z solą i sosem meksykańskim. W NWŚ porcja (duża) kosztuje 9 zł. Spróbujcie.
3. Świetna muzyka w tle
4. Niezobowiązujący wystrój. Można przyjść w przykurzonych trampkach, kiwać się na krześle i mieć pewność, że nikt nie będzie dziwnie patrzył
5. Przestrzeń. Gdybym w domu miała dużo mebli, pewnie już bym się większości pozbyła, tak mi się ostatnio podobają puste przestrzenie i gołe ściany w chłodnych kolorach.
6. Podobno odbywają się tam fajne koncerty i inne kulturalne imprezy. Na żadnej jeszcze nie byłam, ale mam zamiar nadrobić w najbliższym czasie.
A na razie dedykuję E. ten kawałek:
Z kulturalnym pozdrowieniem
I.nna
Bez ciśnienia. Alternatywne sposoby parzenia kawy.
by admin on sie.29, 2011, under PLOTY
Lokalu jeszcze nie sprawdzałam, ale podoba mi się wystrój i podoba mi się misja włascicieli, by kawe potraktować trochę bardziej serio i opowiedzieć o tym, jak można ją przyrządzić nie posiadając ekspresu. Zachęcam zatem awansem do odwiedzenia, a sama się wybiorę tam w najbliższym czasie i dam znać, jak się miewa stosunek teorii do praktyki Informacje o spotkaniu „Bez ciśnienia” na facebooku.
Strona MiTo na fejsie.
MiTo. Art Cafe Books.
www.mito.art.pl
ul. Waryńskiego 28 (pomiędzy Pl. Zbawiciela a metrem Politechnika)
00-650 Warszawa
Schab kawowy z migdałami i suszoną śliwką*
by admin on sie.09, 2011, under PLOTY
Pani Wydawca z JWPŚ ostatecznie nas olała na rzecz Adama Małysza, nawet nie uprzedziwszy, ale po pierwsze, przegrać z Adamem to jak wygrać, a po drugie, ostał się oryginalny przepis, który niniejszym ma premierę w sieci.
Chcąc uniknąć porażki, należało wybrać jakiś wdzięczny rodzaj mięsiny, która dobrze przyjmie kawową marynatę oraz nada się do pieczenia w rękawie, dzięki czemu aromat nie ucieknie. (A poza tym nie przepadam za smażonym mięsem i co mogę wsadzam do piekarnika).
Składniki na kawał schabu kawowego:
- 70-80 dkg schabu bez kości
- 250 gram suszonych śliwek*
- 4 łyżeczki świeżo zmielonej mocnej kawy
- łyżka kawy w ziarnach
- łyżeczka goździków
- 4 łyżki oliwy z oliwek
- 4 łyżki miodu
- 1/2 łyżeczki cynamonu
- 1/2 łyżeczki sproszkowanego imbiru
- garść migdałów w słupkach
- sól
Wykonanie:
2. Wywar z kawy i goździków odcedzić od fusów. Dodać do niego 4 łyżki miodu, cynamon, imbir i wymieszać. Na koniec dodać oliwę i wymieszać.
3. Mięso dobrze umyć, lekko (!) posolić (osobiście soli unikam, więc w ogóle nie soliłam mięsa), zrobić wzdłuż dwie dziury na wylot, dziury wypchać na maksa śliwkami (uwielbiam śliwki w mięsie, więc zawsze pcham tam ile się da). Śliwek użyć tyle, ile wejdzie do dziur. Dzięki nim mięso nie wyschnie i będzie w środku przyjemnie wilgotne.
4. Nadziane mięso nacieramy kawowym sosem, polewamy je resztą sosu i wstawiamy do lodówki na godzinę. (Wersja dla niecierpliwych: 30 minut, ale wtedy mięso może troche słabiej naciagnąć aromat).
5. Do rękawa do pieczenia wkładamy mięso, wlewamy resztę sosu kawowego, wierzch posypujemy migdałami w słupkach. Wokół mięsa w rękawie można wysypać kilka ziaren kawy oraz położyć kilka suszonych śliwek.
6. Rękaw nakłuwamy na górze w kilku miejscach. Pieczemy w temperaturze 180 stopni przez ok. 50 minut.
Schab kawowy gotowy. Moim zdaniem schab najlepiej smakuje z ziemniaczanym purre oraz sałatą z pomidorkami koktajlowymi i sosem vinegret zwykłym lub miodowym (sprawdzone przepisy na sosy są TU).
Zapewniam, że smakuje wybornie. Zaletą dania jest także to, ze schab pieczony nie może sie nie udać. Niestety nie zrobiłam zdjęcia, ale nadrobię przy najbliższej okazji.
Smacznego! Dajcie znać jak Wam smakowało.
Magdaro
* Można użyć moreli. W sumie pierwszą wersję zrobiłam z morelami, ale na mój gust sa zbyt mdłe i śliwki nadają się do tego zestawu znacznie lepiej.
Korespondencja z UK albo wyznania skandoholiczki
by admin on cze.13, 2011, under PLOTY
Dzisiaj na Kawowym gość specjalny: Anna Maria, autorka bloga Backwards in hgh heels, która pecjalnie dla nas przygotowała recenzję jednej z londyńskich kawiarni, okraszoną spostrzeżeniami na temat aktualnych fiksacji kulturalno-kulinarnych Brytyjczyków. Polecamy gorąco!
Nordic Bakery w Londynie
Wielka Brytania przeżywa właśnie kolejny najazd Wikingów. Skandynawskie wzornictwo jest tu od dawna popularne, ale w ostatnich latach przybysze z Północy zawojowali także listy bestsellerów, najmodniejsze butiki, i powoli podbijają też podniebienia. Współczesna inwazja ma charakter kulturalno – kulinarny: w witrynach księgarń pysznią się skandynawskie kryminały, duński serial kryminalny pt. Forbrydelsen (zbrodnia, przestępstwo) ma już kultowy status, a londyńskie faszonistki paradują w odzieży takich skandynawskich marek jak Acne czy Day Birger et Mikkelsen. Każdy brytyjski foodie marzy o zjedzeniu posiłku w kopenhaskiej Nomie, najlepszej restauracji świata, zaś “jeść tak jak Skandynawowie” zalecają zarówno smakosze, dietetycy, jak i spece od ochudzania.
Skandynawskie książki kucharskie sprzedają się obecnie lepiej, niż te poświęcone kuchni włoskiej czy hinduskiej. Jeden z tych sprzedających się niczym cynamonowe bułeczki tomów, pod tytułem Nordic Bakery, napisała Miisa Mink, zamieszkała w Londynie Finka, współwłaścicielka mini – sieci dwóch bardzo popularnych skandynawskich knajpek. Obie noszą nazwę Nordic Bakery i znajdują się w centrum Londynu – jedna w Soho, druga w Marylebone, i są, wbrew nazwie, raczej kawiarniami, niż piekarniami.
Ostatniego dnia maja pod wewnętrznym przymusem, niczym nałogowiec wracający do dilera, udałam się do Nordic Bakery w Marylebone. Wybaczcie osobiste zwierzenia, ale gwoli dziennikarskiej uczciwości muszę w tym miejscu wyjawić, że jestem skandoholiczką. Dawno temu mieszkałam przez (o wiele za krótki) czas w Danii i od tamtego czasu niejedna bliska mi osoba doświadczyła siły mojej skandofilii. Teraz mam tę satysfakcję, że byłam pierwsza i obserwując, jak Anglicy popadają w skando-manię mogę z uśmieszkiem stwierdzić: A nie mówiłam?
W Nordic Bakery wnętrze jest takie, jakie być powinno, czyli minimalistyczne: ciemnoszare fartuszki obsługi mają dokładnie ten sam odcień, co ściany. Polecam przyjść tu z książką Mankella czy Larssona, z łatwością wyobrazisz sobie Wallandera czy Blomqvista siedzącego przy sąsiednim stole. Przy jednej ze ścian znajduje się kontuar, za nim kilka półek, oprócz niego są tylko trzy proste, duże drewniane stoły z ławkami zamiast krzeseł – to miejsce idealne na spotkanie ze znajomymi, ale nie na romantyczną randkę.
Obsługa także przyjemnie wpisuje się w stereotyp: islandzko-fińska, blondwłosa i niebieskooka, miła i kompetentna. Jest przytulnie i, co podkreślam, cicho – tzw. windowa muzyka jest zmorą londyńskich restauracji i kawiarnii. Ten skrawek Skandynawii, oaza wśród tłumów robiących zakupy w szykownych butikach Marylebone, jest mekką ludzi, dla których kawa to serious business – wszak kawa to narodowy napój wszystkich skandynawskich nacji.
W mój kawowy nałóg wpadłam właśnie w Danii, gdzie wszyscy wokół wypijali średnio 10 filiżanek kawy dziennie – termos z kawą to dla mnie taki sam symbol Skandynawii, co Muminki, szkło Iittala czy fotel Egg Chair Arne Jacobsena.
Z myślą o tej recenzji zamówiłam podwójne espresso, by móc należycie ocenić jakość podawanej w Nordic Bakery kawy. Ziarna są tu zawsze świeżo mielone, kawa zaś świeżo parzona, nigdy z dzbanka. Podaje się markę fińską, którą można zresztą kupić w woreczkach na wynos. Nie zdziwiłabym się, gdyby to była najlepsza kawa w centralnym Londynie: mocna, aromatyczna, o intensywności, o jaką trudno w sieciówkach. Poza tym w Starbucks nie podają napojów w ikonach skandynawskiego dizajnu: kubkach marki Teema czy szklankach projektu Aino Aalto.
Drugą gwiazdą menu Nordic Bakery są cynamonowe bułeczki. Każdy kraj skandynawski ma swoją wersję, tu podaje się chyba najsmaczniejszą, fińską. Przede wszystkim bułka jest wielka, mocno cynamonowo – kardamonowa, lepka, słodka i pyszna. Nie bez powodu to właśnie ta bułeczka figuruje na okładce książki kucharskiej NB, warto tu przyjść specjalnie dla nich – kupiłam trzy na wynos, bo mam w domu dwóch wielkich ich fanów. Skandynawia słynie też z kanapek z pełnoziarnistego chleba: w NB możemy spróbować kolejnego klasyka, czyli Gravadlax: plasterki marynowanego łososia z ogórkiem, z musztardowo – koperkowym dressingiem na ciemnym, żytnim chlebie. Inne kapapki to np. ser brie i dżem z jagód polarnych, czy jajko ze śledziem. Ja wybrałam kanapkę z grenlandzkimi krewetkami, plasterkami jajka na twardo i majonezem – bardzo smaczne połączenie.
Spróbowałam też po raz pierwszy nieco dziwnego fińskiego smakołyku, placka karelskiego: słone żytnie ciasto nadziewa się ryżem lub piuree ziemniaczanym i podaje na ciepło, posmarowane grubo masłem z dodatkiem jajka. Zaręczam, że smakuje lepiej niż brzmi.
Ci, którzy wolą słodkości, mają duży wybór: oprócz bułek (także z jagodami), można się raczyć klasycznym szwedzkim ciastem Tosca, równie klasycznym ciastem bostońskim czy ciastem pomarańczowo – makowym.
Ociągałam się z opuszczeniem Nordic Bakery, co jest o tyle trudne, że obsługa nikogo nie pogania, i można tu z łatwością spędzić kilka godzin, rozmyślając nad filozofią Kierkegaarda. I już żałuję, że na następną wizytę przyjdzie mi najpewniej poczekać parę miesięcy. Na osłodę i mnie, i tym z Was, którzy chcecie spróbować tych delicji, pozostaje książka kucharska Nordic Bakery, którą możecie kupić np. w Amazonie.
Nordic Bakery Marylebone
37b New Cavendish Street
(wejście od Westmoreland Street)
Londyn, W1G 8JR
Festiwal Dobrego Smaku w Łodzi
by admin on cze.10, 2011, under PLOTY
W przyszłym tygodniu, od 16 do 19 czerwca, w Łodzi trwać będzie Festiwal Dobrego Smaku. Tegorocznej, ósmej edycji festiwalu, towarzyszyć będą dwa konkursy. Główny – na najlepszą restaurację festiwalową, w tym roku odbywający się pod hasłem „Skrzydełko czy nóżka?”, oraz konkurs na najlepszą kawę. Kawiarnie biorące w nim udział, zaprezentują espresso i cappuccino. Oceniać je będzie jury złożone z zawodowych baristów. Dla Klientów będą one dostępne w promocyjnej cenie 3 zł.
Lista Kawiarni festiwalowych
17-19 czerwca – cappuccino i espresso za 3 zł:
1. Affogato, Piotrkowska 90
2. Art., Kościuszki 49/51
3. Cafe Verte, Piotrkowska 113/115
4. Czekoladowe Obłoki, Piotrkowska 60
5. Dybalski, Piotrkowska 102
6. Fresco Cafe, Piotrkowska 107
7. Hort Cafe, Piotrkowska 106
8. Monaco Cafe, Piotrkowska 134
9. MS Cafe, Więckowskiego 36
10. Owoce i Warzywa, Traugutta 9
11. Portiernia Design Cafe, Tymienieckiego 3
12. U Milscha, Łąkowa 21
Więcej o festiwalu przeczytacie na www.festiwaldobregosmaku.eu.
Kurczę dobrze przypieczone
by admin on cze.07, 2011, under PLOTY
Patrząc na częstotliwość wpisów można by sądzić, że przestałyśmy pić kawę. Spokojnie, nic z tych rzeczy. W tzw. międzyczasie odwiedziłam kilka fajnych miejsc:
- Taste Barcelona na Kruczej – świetny wystrój, bardzo dobre jedzenie, niestety, trochę drogo,
- filię Antich Cafe na Skoroszach, gdzie makarony i kawa są równie dobre jak na Kabatach,
- pizzerię Bella Napoli na Nałęczowskiej 60 – znakomita pizza i przesympatyczna obsługa.
Poza tym regularnie bywam w Gazeta Cafe – na lato polecam kawę bananową i ice tea (obie ok. 9 zł). Z radością donoszę również, że w Mamma Mii i Na Winklu trzymają poziom i jedzenie tam jest prawdziwą przyjemnością.
Z czystym sumieniem mogę też polecić Kurczę Pieczone na Gołkowskiej – czy jest ktoś, kto nie lubi kurczaka z rożna? Niech was nie zniechęca niepozorna budka z kurczakiem na wynos – w trakcie remontu (albo niespodziewanych gości) takie rozwiązanie ratuje życie i dobry nastrój. Kurczak, bułka, ogórek małosolny. Wszystko jedzone palcami, bez sztućców, w chmurze pyłu po właśnie wyburzonej ścianie. Miło będzie takie scenki wspominać, jak już wszystko stanie na swoim miejscu, a czysty talerz nie będzie wydawał się szczytem luksusu.
Każde z tych miejsc zasługuje na odrębny, pozytywny wpis. Niestety, czas nie guma, ciągle mi go na coś brakuje. Jednak dobre wieści są takie, że remont wkrótce się skończy, a w nowym mieszkaniu okoliczności będą bardziej sprzyjające twórczemu myśleniu. Rok przy Trasie Łazienkowskiej zdecydowanie wystarczy. Saska Kępa jest super, ale ten nieustający szum sprawia, że pożegnam się z nią bez żalu.
Włoskie klimaty w Zamościu
by admin on maj.25, 2011, under PLOTY
Jak doniosła nam Kaha z „O co biega kobiecie”, za dwa tygodnie w Zamościu szykuje się Festiwal Kultury Włoskiej „Arte, musica, cultura e…”. Wsród wydarzeń towarzyszących zapowiada się m. in. iście kawowa sobota.
Jeśli ktoś z Was będzie przypadkiem w tym pięknym mieście, poprosimy o relację. Może to dobra okazja, by odwiedzić Zamość, nie bez powodu nazywany „Perłą Renesansu”, „Miastem Arkad” i „Padwą Północy” (…i znów mi sie zachciało do Włoch, ech…).

